Aligator, z paczki oszalałej kaczki

Czyli, szczypta chorych myśli z notatnika schizofrenika.

Dwa, albo nawet trzy dni temu, o późnym poranku, tuż przed pierwszą kawą, roztworzyłem pilotem telewizor i ze zgrozą, bo byłem jeszcze nie do końca rozbudzony, ujrzałem na ekranie groźnego aligatora. Odrobinę mnie to zdziwiło, bo był to kanał TVN24, a nie Animals Planet.

Ponieważ aligatory mają zadziwiającą zdolność do wyprowadzania spokojnych ludzi z równowagi, atmosfera wokół mnie zrobiła się wilgotna i niepokojąco grząska. No i na dodatek, ten przykry zapach trzęsawiska. O cholerka, aligator w moim domu! Pół biedy, gdy potwory pojawiają się popołudniową bądź, też wieczorową porą w chwili, gdy organizm, jest już w miarę równomiernie alkoholem nasączony a umysł zdążył już bezboleśnie wyskoczyć poza teraźniejszość. Ale, szkarada poranku? Oj, nie za dobrze to wygląda pomyślałem i stąpając ostrożnie, aby nie stracić równowagi, rzuciłem się w umiarkowanej panice na poszukiwanie latarki. Ręczna latarka, co być może, nie jest w naszym kraju powszechnie wiadome, to najlepsza broń przeciwko aligatorom. Wiem to, albowiem wiele lat temu pewien syberyjski szaman opowiedział mi historię o młodym człowieku z Nowego Jorku, który idąc przez bagno w Luizjanie wraz ze swoim kuzynem zapytał:

– Czy to prawda, że aligatory nie atakują tych, którzy mają latarki?

– To zależy, jak szybko je niosą – odpowiedział kuzyn.

Dobra rada wykalkulowałem i już miałem zacząć zwiewać tam, gdzie pieprz rośnie, czyli na Sri Lankę, albowiem mieszkają tam nadzwyczaj mądre słonie, gdy dobiegł mnie głos z telewizora. Spojrzałem uważniej na ekran i zaniemówiłem – aligator gada!

Ponieważ, poprzedniego wieczora wypiłem klika szklaneczek pysznej żubrówki, najlepszego wywaru, jaki stworzyła ludzkość, tak przynajmniej twierdzi Wieniedikt Wasiljewicz Jerofiejew, w swojej słynnej powieści „Moskwa Pietuszki”, przetarłem odrobinę zmęczone oczy i raz jeszcze w nieco większym już skupieniu spojrzałem w głąb ekranu. Po krótkiej chwili z ulgą odetchnąłem. Hm, to żaden aligator. To tylko Sasin z bezzębną paszczą i wielkim nosem. Żubrówka, to jednak znakomita mikstura. Pokrzepienie dla ciała i pocieszenie dla duszy w jednym, z satysfakcją skonstatowałem. Zatem, aby dodać sobie ducha, nalałem do szklaneczki odrobinę czystej zmrożonej i rozwiązawszy sznurowadła począłem słuchać, co aligator plecie.

Ten papierowy wicepremier, zawodzący fałszywym tonem w chórze władcy marionetek. Ów olbrzym o śliskim intelekcie uświadomił mi, iż nauka ma całkiem przyzwoite osiągnięcia dlatego, że (przynajmniej w teorii) zaczyna od sensownego, skromnego założenia, iż większość hipotez o działaniu świata będzie błędna. Pan Sasin, myśli jednak zgoła inaczej.

Ten wyrafinowany intelekt, rozprawiając o prawie, sprawiedliwości, moralności i etyce w kontekście nadciągających, jak tsunami wyborów prezydenckich, unaocznił mi, iż zwykli i niewinni, bogobojni, uczciwi i sprawiedliwi mieszkańcy mojego kraju i ja wśród nich, znajdujemy się dzisiaj w sytuacji dokładnie takiej, jak jeden z klientów komputerowego biura matrymonialnego o nazwie „Masz jak w banku”.

Otóż klient ten, swoje oczekiwania sformułował w formie niezwykle ogólnej. Do komputerowego systemu rzeczonego biura wpisał, iż życzy sobie kogoś białego, niezbyt gadatliwego, który dobrze czuje się w futrze, ale gardzi życiem miejskim. W odpowiedzi na jego, klienta, zamówienie komputer przysyła mu niedźwiedzia polarnego. Oto myśl Sasinowa. Myśl, przepyszna, jak kaczy kuper. Gdyby zrobić sok z Sasinowych wyobrażeń o świecie w ogóle, byłby on zapewne śmiertelnie trujący.

Głosy bezwzględnego zachwytu dla obecnego układu władzy przypomniały mi pewną historyjkę, która może być finałem kaczej filozofii.

Otóż: „W jednej z restauracji klient pyta kucharza: Jak przygotowujecie te kurczaki?

Na co kucharz z odrobiną eleganckiej nonszalancji odpowiada: Och, nic szczególnego. Po prostu mówimy im, że muszą umrzeć”.

Przyglądając się tej pisowskiej wyborczej schizofrenii przypomniał mi się, choć nie wiem czemu, pewien literacki epizod opisujący obyczaje pogrzebowe mrówek.

Otóż, owady te będąc nad wyraz inteligentne, wynoszą trupy swoich pobratymców z gniazda i składają w odległym miejscu. Obyczaj ten odnosi się jednak tylko do swoich, bo obcych zwykle rozszarpują i wyrzucają na śmietnisko.

Wiem, wiem, skojarzenia to przekleństwo. Choć z drugiej strony nic w tym dziwnego. Zdecydowana, bowiem większość polityków PIS zachowuje się, zwłaszcza w czasie kampanii wyborczej, jak pająki. Zagęszczają swoją sieć obietnic w jednym miejscu, zwalniając pozornie w drugim. Czynią to, jedynie po to, aby osłabić czujność potencjalnej ofiary i ścisnąć ją innym rodzajem węzła w chwili, gdy będzie już dostatecznie partyjną propagandą oszołomiona.

W niezmiennie najpiękniejszej myśli o tym, że istnieje szansa, aby nie dać się ogłupić wyborczą orgią pisowskich komunałów, a rozpad politycznego i społecznego życia w pisowskim szaleństwie, mimo wszystko, nam nie grozi.

                                                                                                          Mirosław Rudziński-Gappa