Ballada o Narayamie

Życie, podobnie jak sny, może nas zachwycać lub torturować. Co, jednak począć, gdy z czasem nieuchronnie przychodzi godzina depresji i znużenia naszym istnieniem – tu i teraz. Jaką, podjąć decyzję w chwili, gdy bardzo boleśnie dostrzegamy, że czas, który został nam dany przemkną bezpowrotnie. A ten, który nam jeszcze pozostał sprawia, iż nie jesteśmy nastawieni na radosną rzeczywistość.

Czas, który starzejąc się uświadamiamy sobie, jest nie tylko nieuchwytny ale bywa, też często zupełnym chaosem. Powoli tracimy, choć nie chcemy się do tego przyznać, racjonalny stosunek do czasu zegarowego i kalendarzowego. Przestajemy powoli orientować się także w naszym osobistym czasie, który stanowi o naszym codziennym ja.

Cień podobny do mgły zaczyna wypełniać wszystkie zakamarki naszej starzejącej się duszy. Boimy się przyznać, jak bardzo się boimy, iż nieśmiertelność, tak zdecydowanie głoszona przez kościół to, jedynie mit dla maluczkich. Strach przed zapadaniem się w nicość, zaczyna nas okrywać, jak wierzchnia zimowa odzież. Wciska się za kołnierz, skrzętnie wypełnia rękawy i nogawki. Wślizguje się w fałdy bluzek i sukien. Wpełza we wszystkie możliwe zakamarki.

Młody człowiek, który potencjalnie ma przed sobą bardzo wiele czasu, nie chce słyszeć o czasie, nie potrzebuje o nim nic wiedzieć. Ma go przecież tak wiele. Niemniej jednak, wielu ludzi młodych i w wieku średnim, boi się starości bardziej niż śmierci. Często, czując się jeszcze znakomicie, zaczynają doznawać niepokojącego strachu, nie dlatego, że kres ziemskiej podróży zbliża się nieuchronnie, ale dlatego, że myśl o własnym starczym niedołęstwie przeraża ich bardziej niż śmierć.

Wielu, gdy są jeszcze w pełni sił przyjmuje pogląd, iż z powodu więdnięcia i utraty przez kobiety gibkości ciała łani, a przez mężczyzn nabycia starczej borsuczej brzydoty, ludzie starzy powinni unikać spoglądania w swoje lustrzane odbicie, albowiem istnieje szansa, iż poprawi im to samopoczucie, co sprawi, że staną się mniej upierdliwi dla młodego otoczenia.

Wielu z tak myślących zgodzi się zapewne z tezą, że czas, który jest nieśmiertelny, jest wewnątrz nas, tak jak przestrzeń, jest wokół nas. Nie wpada im jednak do głowy myśl, że starzy ludzie, stają się dzięki przeszłości zebranej ze wspomnień ducha i ciała, po części tym nieśmiertelnym właśnie czasem.

Jednakże, gdy nadchodzi era zmierzchu, życie w końcu zaczyna męczyć. W butwiejących wspomnieniach, jest coraz więcej soli i goryczy. Znika narkotyczny zapach aksamitnej skóry tej, lub tego, którego kochamy. Pozostaje w nas, jedynie ból prostaty i osteoporoza. Inkontynencja i Alzheimer. Parkinson i zapach zepsutych zębów. Dociera do nas okrutna prawda, że starość to, jedna z tych chorób, z której nie można się wyleczyć. Niektórzy starość traktują jak więzienie i zaczynają myśleć, jak z niego uciec. Często bywa tak, że nasze myśli nagle odwracają się od wszystkiego naraz. W tej jednej sekundzie dostrzegamy, że koniec wszystkiego, wszystkich rzeczy, nie musi być, aż tak trudny, jak sądzimy. Wystarczy się odwrócić w dowolną stronę i odejść.

Mknąc w bezsenne noce przez labirynt swoich myśli odbywamy sentymentalne podróże w swoją przeszłość w nadziei, iż odnajdziemy piękne okruchy swojej młodości, które choćby na krótką chwilę nas zachwycą. Ale, gdy o poranku stajemy przed lustrem, z przerażeniem dostrzegamy, że po jego drugiej stronie czyha na nas jakiś demon. Często, gdy spoglądamy prosto w oczy naszemu lustrzanemu alter ego, zaczyna nas dręczy męczące uczucie, że ciągle czegoś daremnie poszukujemy. Ten demon to – nasza pamięć. Jest zmienny i kapryśny. Sprawia, iż z otchłani minionego czasu wyskakują rzeczy na pozór błahe i neutralne, ale jednocześnie niepokojące i budzące nieokreślony strach. To taki duszący dym w wyobraźni. Nasze myśli powoli stają się sztywne, jak pióra martwych ptaków. Z przykrością dostrzegamy, że czas na naprawę błędów dawno już miną. Zaczynamy dostrzegać ciężar życia, które z każdym dniem wydaje się być coraz bardziej bez sensu.

Człowiek, jest jedyną istotą żywą, która wie o tym, że umrze, i potrafi snuć na ten temat rozważania. Całkiem zaś na pewno wiadomo, że tylko człowiek, jest zdolny do powzięcia decyzji pozbawiania się samemu życia i spełnienia tego czynu. Jednakże większość z nas woli, jak kwiaty – umierać powoli. Z biegiem starczego czasu zaczynamy, jak leśne jaszczurki, żyć niewidocznie i bezgłośnie.  Rozgoryczeni dostrzegamy, iż przestajemy być ludźmi. Stajemy się, w najlepszym razie, mglistym wspomnieniem. Duchem w pamięci tych, którzy wśród żywych pozostaną.

Zanim życie się z nas wyśliźnie, zanim wpadniemy w głęboką ciszę ziemi, oswajamy się powoli z prawdą, czyli ciszą właśnie, która wokół nas i po nas zapada. Bezgłośny krzyk panicznego strachu pojawia się w naszej głowie, gdy nocą usiłując zasnąć dostrzegamy wokół siebie, jedynie ruchome, czarne piaski. Mając w głowie zamęt czujemy, iż rozpadamy się na kawałki. Wtedy nasza przyszłość, przyszłość ludzi starych jawi się w klimacie nieprzeniknionej ciemności.

Starym ludziom czasami się wydaje, że czekają na telefon z innego świata, tego lepszego, ale niestety telefon nie dzwoni. Żyją więc nadal w świecie cierpienia i rozpaczy. Wielu z pośród nich żyje w otoczeniu rdzewiejących z powodu samotności, smutku i strachu, pozbawionych nadziei duchów, otoczonych przez rozpadające się szkielety, które jeszcze żyją ale, już w codziennym życiu ich nie ma.

Im jestem starszy, tym częściej zastanawiam się czymże my, ludzie w końcu jesteśmy? Siedliskiem wściekłego fizycznego bólu? Bólu myśli, który po bezsennej nocy o brzasku rozrywa nam duszę?

Fukazawa Shichiro w swoim słynnym opowiadaniu „Ballada o Narayamie” szczegółowo opisał, jak społeczność powinna postępować ze staruchami, zwłaszcza schorowanymi. Każdy mieszkaniec wioski po skończeniu siedemdziesięciu lat odbywa, w towarzystwie najstarszego syna, podróż na szczyt góry, by tam doczekać swojej śmierci.

W niezmiennie najpiękniejszej myśli o tym, iż nie należy bać się konfrontacji z życiem. Należy, mimo wszystko, poznać je, aż do końca.

                                                                                                                            Mirosław Rudziński – Gappa