Czyli, o nieznośnej lekkości bytu polskiego Gastarbeitera

 Z cyklu Zapiski Zjaw

Powieść Milana Kundery, z której zaczerpnąłem podtytuł do tego felietonu, opowiada historię praskich intelektualistów, którzy po Praskiej Wiośnie 1968 roku, borykają się z trudnościami dnia codziennego.

 

Moi bohaterowie płci męskiej, których spotykałem na niemieckich i szwajcarskich budowach, w zdecydowanej swojej większości, choć zdarzają się czasem zaskakujące wyjątki, ze światem intelektu nie wiele mają wspólnego. Myślenie w kategoriach egzystencjalnej refleksji to, czynność, o którą nie powinno się ich w zasadzie podejrzewać. I nie jest to, z mojej strony, jakiś prymitywny sarkazm, lecz jedynie przykre stwierdzenie faktu.

 

Sytuacja Polek, które przyjechały do Germanii, z całym szacunkiem, za marne pieniądze podcierać tyłki niemieckiej geriatrii, nie przedstawia się dużo, lepiej. Niemniej jednak, wszyscy oni i wszystkie one, podobnie jak prażanie z powieści Kundery, zmagają się z dniem codziennej, w ich przypadku, niemieckiej rzeczywistości. Z ideą, choć w większości o tym nie wiedzą, współczesnego świata korporacji, która jest bliska feudalizmowi.

 

Jest sobotni, październikowy późny poranek. Siedzę w niewielkiej kafeterii przy Hohe Straße, najbardziej gwarnej ulicy w Kolonii, której pochodzenie sięga podobno czasów rzymskich i pijąc pierwszą poranną kawę, żywię nadzieję, iż sprawi ona, że wciągu dnia będę miał jasny umysł. Umysł, bez zbędnych szmerów, jest mi potrzebny, po to, aby wszystko, co mnie otacza widzieć bardzo wyraźnie. Chcę i zarazem nie chcę, aby ten niemiecki świat wchodził we mnie głębiej. Chcę słyszeć i widzieć więcej. Zamierzam pochwycić, to coś, co moich rodaków, nie wykluczając przy tym zarabianych pieniędzy, trzyma w tym kraju. Mam nadzieję odnaleźć głębszy sens, naszego polskiego trwania w tej germańskiej wieży Babel.

 

Wielu z tych, którzy w Niemczech nigdy nie byli, wierzy w opowieści o tym, że życie Polaków w tym kraju jest udane i bezpieczne. Mit ten karmi się, niestety, brakiem wiedzy odnośnie najbardziej codziennych i rzeczywistych trosk, rozczarowań i upokorzeń dotykających większości z pośród ekonomicznych emigrantów. Natomiast ci, którzy decydują się pozostać w Niemczech nieco dłużej albo i na stałe, przeobrażając się przy tym niechlubnie w polskich Niemców, gdy euforia z taniego poczucia dobrobytu już opadnie, trwożliwie wyczekują, co tak naprawdę z tego przeistoczenia się urodzi. Po jakimś czasie, gdy już kontakty z Polską są praktycznie zerwane, z przerażeniem dostrzegają, że pośród tego niemieckiego tłumu, stoją nadzy, bo zostali obdarci ze swojej narodowej tożsamości, którą wcześniej tak bezmyślnie lekceważyli. Jednak najbardziej nikczemnie wypadają moi rodacy o mentalności pseudo Volksdeutschów. Dla nich Polska, jest jedną wielką porażką. Katastrofą w każdym wymiarze. Zaklinają swoją, często pożałowania godną, niemiecką rzeczywistość w piękną bajkę, która tak naprawdę, jest jedynie chorą iluzją i niczym więcej.

 

Nie jestem, aż tak szalony, aby wymagać od tych ludzi, postawy niegdyś określanej barbarzyńskim mianem paseistów i postrzegania Polski poprzez pryzmat tradycyjnych obyczajów godnych naśladowania. Ale, odrobina szacunku do kraju pochodzenia na pewno, by im nie zaszkodziła.

 

Nasz polskość w Niemczech jest niezwykle rozcieńczona, w plątaninie języków, w wymieszaniu kultur. Dramatycznie rozpięta pomiędzy nostalgicznym wschodem a krzykliwym i pstrokatym niemieckim Flohmarkiem.

 

Wielu Polaków a szczególnie Polek, żyjąc w atmosferze tego pchlego targu, któregoś dnia stają w dramatycznym rozkroku. Nie bardzo wiedząc, co mają ze swoim życiem zrobić – zostać, czy też, wrócić – desperacko stawiają swoje bardzo mizerne niemieckie ekonomiczne szczęście, ponad szczęście tych, którzy w Polsce pozostali. Drastycznie, tą sytuację ilustruje zachowanie wielu Polek. Dojrzałych już kobiet, które odurzone iluzją bezpiecznego i w miarę zamożnego życia u boku jakiegoś niemieckiego emeryta, oraz porażone strachem przed powrotem do kraju, mówią w końcu do swoich mężczyzn, którzy w Polsce pozostali – sorry, że nam nie wyszło. Wieloletnie związki traktują, jak kolejną przelotną miłość. Ale, dla kogo to, czynią? Głownie właśnie, dla niemieckich starców, którzy będąc pod ich troskliwą opieką, wcielają się w końcu postać domowego alfonsa i proponują – frau możesz umyć okna za 50 euro, lub zrobić mi laskę za 100 tych odurzających papierków. Co wybierasz? Dziewczyny, wcześniej lub nieco później, ale prawie zawsze, wybierają tą pierwszą propozycję. Często jednak nie gardzą tą drugą. I tak właśnie rodzą się „wielkie uczucia” do obcych.

No cóż, takie jest życie. Trochę bez sensu. Ale jest jak jest. I w zasadzie, mnie nic do tego. Choć, patrząc na sprawę z drugiej strony, rodzi się ponura refleksja, że życie bez sensu, jest czasem gorsze, niż śmierć.

Myślę jednak, jestem tego pewien, że zdecydowana większość naszych polskich dziewczyn ciężko pracujących w Niemczech, niczym nie zasłużyła sobie na tak gorzką pigułkę. To nasz Rząd, Parlament i polityczny zdegenerowany establishment jest winien upokorzeniu tych kobiet. Nasi polityczni demiurdzy i ich duchowi przewodnicy w sutannach podtrzymując zbiorowe złudzenie o tym, że Unia Europejska z naczelnym wodzem, dzisiaj Donaldem Tuskiem, jest naszą nową ojczyzną, lepszą wersją ojczyzny starej, załatwiają tylko swoje interesy.

Od urodzenia jestem człowiekiem Wschodu. Żyję w kraju z tradycją wielkiej kultury, sztuki, muzyki i literatury. I wiem, że nie jestem w niczym gorszym od konsumentów tej ekonomicznie wyrafinowanej cywilizacji Zachodu, do której tak wielu moich krajan wzdycha.

Wielu moich rodaków, i to jest naprawdę smutne, zaczyna doceniać swój kraj, gdy go utraci. Byłem w wielu miejscach Niemiec. Rozmawiam z wieloma ludźmi. Kobietami i mężczyznami. Polakami i Polakami. I mam, taką oto smutną refleksję.

 Mężczyzna, lub kobieta wraca do domu. Do Polski, bo w Niemczech ma tylko wynajętą stancję, którą ze strachu nazywa domem i iluzję życia rodzinnego, z tak naprawdę, obcym – niemieckim człowiekiem. Więzy rodzinne, w tym przypadku, że o kulturowych już nie wspomnę to, czysta fikcja. Wiem, są ludzie, którym takie uczucia są obce. Mają, bowiem z tyłu głowy, tylko strach. Strach przed czymś. Ale czym? Tego, najczęściej nie wiedzą. Ci ludzie, są jednym, jedną z tych, którzy próbują po latach wrócić do prawdziwego domu, a jednak do niego nie wracają. Ponieważ ich domu w Polsce już nie ma. Ich dom, to bardzo smutne, ale niestety, prawdziwe, jest pod niemieckimi drzwiami. Ich Niemcy są na zewnątrz, nocą w deszczu i śniegu. Na wietrze i mrozie. W brudnych zaszczurzonych trolowniach i na zgiełkliwych ulicach niemieckich metropolii. To są ich Niemcy. Ich Niemcy, o których z rozpaczy i w poczuciu bezbrzeżnej samotności mówią, że ich kochają.

W niezmiennie najpiękniejszej myśli o tym, że Niemcy, to mimo wszystko wspaniały i zadziwiający naród. Wspaniały, bo wywodzą się z niego wielcy artyści, ludzie nauki i świata filozofii. Zadziwiający dlatego, że mimo tak wielkiej kultury, Naród ten, posiada w swoich szeregach równie utalentowanych i bezwzględnych morderców.

  Mirosław Rudziński – Gappa

 Zdjęcie pochodzi z unsplash.com