O mnie.

Przed wielu laty, w dobrym, w bardzo dobrym 1961 roku w kłodzkim Szpitalu Miejskim urodziło się dziecię. Na dobry początek dostało rytualnego klapsa w… i zanosząc się od płaczu poczęło z dużym niepokojem dookoła się rozglądać. Gdy dostrzegłem, że tym wrzeszczącym bachorem jestem ja i że w dodatku jestem chłopcem, łzy same jakoś wyschły. Konstatując z właściwą dla tak doniosłej chwili powagą swoją płeć pomyślałem sobie, iż mogło być przecież znacznie gorzej. Pokrzepiony tą antropologiczną myślą, uśmiechając się nieśmiało, w nadchodzącą przyszłość spojrzałem dość optymistycznie.


Będąc, zatem urodzonym optymistą przez następne lata mojej życiowej kariery z przymrużeniem oka jak na optymistę przystało wspinałem się po szczeblach społecznej drabiny. W typowym, rzec by można, standardowym stylu. Mój kontakt z instytucjami użyteczności publicznej rozpocząłem bardzo wcześnie.
Z racji tego, iż w realnym socjalizmie, ustroju społeczno-politycznym, który wówczas powszechnie panował, praca była obowiązkiem a nie jak dzisiaj, jedynie przywilejem, Mama moja, aby móc spełnić tą patriotyczną wobec państwa i narodu powinność, zmuszona była, chcąc nie chcąc, oddać mnie do państwowego socjalistycznego żłobka. I tak to się zaczęło.


Kolejnym etapem kształtującym optymistyczną niezłomność mojego charakteru było kłodzkie również socjalistyczne przedszkole. Bawiło mnie ono i uczyło, że aż strach. Pod czujnym okiem wiszącego na sali zabaw w pozłacanej ramie towarzysza Wiesława, dzieciństwo moje upływało w miłej i rodzinnej atmosferze. U schyłku lat 60 wyposażony przez przedszkolne ciało pedagogiczne w odpowiednią bazę wkroczyłem w świat nauki, aby zdobyć wiedzę niezbędną do tworzenia tak zwanej nadbudowy. Wspaniałe ku temu warunki odnalazłem w Szkole Podstawowej Nr 3 imienia nie byle kogo, bo samego kapitana Betleja. Wpajane w tej, bodajże najlepszej kłodzkiej placówce oświatowej wartości, przez czas jakiś pozwalały mi w sposób prawomyślny oceniać dokonania naszego awangardowego kraju, co z umiarkowanym entuzjazmem manifestowałem w pochodach pierwszomajowych dzierżąc w dłoni, raz biało czerwoną innym razem krwawoczerwoną szturmówkę.


Kryzys wiary w lepsze socjalistyczne jutro zasiał wiatr wzniecony przez kilkunastu ludzi z KOR. Wydarzenia grudnia 1970 roku i późniejsze pomniejsze rewolucje przekonały mnie, że coś takiego jak socjalizm z ludzką twarzą po prostu nie istnieje. Ponieważ komuniści popełnili błąd i nauczyli lud zarówno ten pobożny jak i ten bezbożny czytać, czego do dziś dnia pasterze w sutannach nie mogą im wybaczyć, sprawy wagi państwowej dramatycznie się skomplikowały.


Dekada lat osiemdziesiątych to przede wszystkim smutna heca z wojną Polsko-Jaruzelską i moja pozytywnie zaliczona matura. Szkoda tylko, że nie na tajnych kompletach. W opowieściach takich jak ta mogłoby to się całkiem nieźle prezentować. Moje lata osiemdziesiąte to polityczno-intelektualny kogel-mogel. Jaja ulicznych zadym z koktajlem Mołotowa w roli głównej i przesłodzona wata patriotyczno-moralnych mszy za ojczyznę. W połowie lat dziewięćdziesiątych moja edukacyjna sielanka dobiegła końca i rozpoczął się okres życia na własny rachunek. Praca, rodzina, syn. Drobne radości i codzienne kłopoty. Stan ten w konfiguracjach różnych trwa po dziś dzień.


W tak zwanym międzyczasie, kraj nasz odzyskał niepodległość, lecz świat gdzie indolencja i ograniczenie ludzkiego umysłu święci triumfy uległ niewielkim, kosmetycznym jedynie zmianom. Świat absurdów morza czerwonego, z którego po wielu latach udało nam się wydostać na suchy ląd niewiele różni się od wszechogarniającego nas dzisiaj świata wartości morza czarnego, w którym, zmutowany dziewiętnastowieczny kapitalizm i plemienna demokracja jest obowiązującą religią.

Mirosław Rudziński – Gappa