Roje much i zamęt

„W ostatnich dziesięcioleciach „sumienie” straciło wiele na znaczeniu. Wydaje się, jakoby ani autorytet zewnętrzny, ani wewnętrzny nie odgrywał już wybitnej roli w życiu jednostki. Autorytet zamiast zniknąć stał się niewidoczny”.

Ta myśl wyrażona przez Ericha Fromma w jego „Ucieczce od Wolności”, zaświtała w mojej głowie w czasie wyborczego wiecu, jaki w nieodległej przeszłości odbył się w Centrum Kultury Chrześcijańskiej w Kłodzku, gdzie tym autorytetem miał być popierany przez PIS, nikomu w Kłodzku nieznany, poseł Wojciech Murdzek. Odegrał, przypisaną mu przez organizatora spotkania, rolę niedźwiedzia z zakopiańskich Krupówek, z którym można pstryknąć sobie fotkę – perfekcyjnie.

Ten krypto wyborczy mini miting zorganizowali cisi zwolennicy PIS pod pretekstem troski o stan portfeli członków Kłodzkiej Spółdzielni Mieszkaniowej. I nie byłoby w zasadzie, o czym pisać, gdyby panowie Mikosa i Szpytma, kandydaci do godności Burmistrza Kłodzka, nie kontynuowali idei pomocy spółdzielcom, serwując im kiełbasą wyborczą porażoną Clostridium botulinum.

Mój przyjaciel, Marek Konieczny, organizator tego spotkania, zaprosił do dyskusji o niedoli, krzywdzie i cierpieniu, jakiego doznają spółdzielcy pod rządami spółdzielczego triumwiratu, Bogdana Haławina, Mieczysława Guni i Adama Picia, trzech, politycznie nieco już zwiotczałych muszkieterów, – Wojciecha Murdzka, Dariusza Mikosę i Bogusława Szpytmę. Organizator nie omieszkał zaprosić również mieszkańców, którzy przybyli tłumnie w liczbie sześćdziesięciu jeden sztuk. W większości byli to sterani życiem starsi ludzie, którzy postanowili wylać swoje żale i troski na głowę Prezesa Spółdzielni i jego administracji.

I wszystko byłoby w jak najlepszym porządku, gdyby było to spotkanie z Zarządem SM, a nie z ludźmi, którzy z kłodzką Spółdzielnią nigdy nie mieli najmniejszych nawet relacji.

Bogusław Szpytma wraz z Dariuszem Mikosą próbowali udowodnić zebranym tam członkom i członkiniom, że nie są krwiopijcami, tak jak obecny Zarząd SM, tylko krwiodawcami. Ponieważ średnia wieku zebranych wynosiła trzy włosy na krzyż i dwa zęby do pary, ta obiecana przez kandydatów na stanowisko Burmistrza Kłodzka transfuzja, nic staruszkom, już nie pomoże. Gdakająca retoryka, przede wszystkim Dariusza Mikosy, to klasyczna wydmuszka wyborcza, za którą nie kryją się żadne treści.

Panowie krwiodawcy, przez ponad półtorej godziny boleśnie się trudzili, aby wmówić zebranym, że są budowniczymi nowej, mlekiem i miodem płynącej spółdzielczej cywilizacji. Mądrzy ci ludzie, nie zauważyli jednak, że przemawiają do rozgoryczonej geriatrii, która jest już przemijającą falą a jej wyborcze preferencje nie gwarantują tłoku przy wyborczych urnach. Marek Konieczny, organizator tej smutnej hecy, wczoraj zwolennik PIS, dzisiaj kandydat na radnego z wysuniętego ramienia łapiącej oddech SLD, zmobilizował sprytną manipulacją werbalną poczciwych staruszków, którzy najchętniej bujają swoje schorowane ciała w fotelach na biegunach i cmokając melbę przerzucają się z „M jak miłość” na „Na wspólnej” obiecując im, że poseł Murdzek uzdrowi spółdzielczą gangrenę. Niestety rozminął się dramatycznie z prawdą.

Animatorem tego spotkania był pan Dariusz Mikosa, który przed laty będąc Starostą Powiatu Kłodzkiego do rozwiązywania swoich problemów musiał zatrudnić Super Nianię z TVN. Pan Dariusz, to niezwykły człowiek. Jest głęboko przekonany, że podobnie jak sukienkowi faceci w czerni, z mocy niebios, jest kimś ważnym. Podobnie jak oni, księża, ma głowę nabitą samym sobą i cudze życie w ogóle go nie interesuje.  Pięknie udaje, że zajmuje go los drugiego człowieka, ale już sama nazwa jego komitetu „Kłodzko Plus” przeczy temu. Sprawia wrażenie, jakby ostrzegała przed nierozpoznaną jeszcze chorobą weneryczną. Dodatni odczyt Wassermanna, czyli właśnie plus, budził niegdyś grozę. Dzisiaj ma jedynie znaczenie historyczne, ale jak każdy światły człowiek wie, historia lubi się powtarzać. Zwłaszcza w chwili, gdy światłe umysły posłów PIS dążą do likwidacji obowiązkowych szczepień.

W polityce, bez względu na epokę i ideologię nic się nie zmienia. Te same narzędzia: kłamstwo, hipokryzja i przemoc. Cel też się nie zmienił: władza i pieniądze.

Panowie Mikosa i Szpytma to ludzie, którzy mentalnie wywodzą się z kręgów PIS. Partii, która brutalnie łamie ład konstytucyjny. Ciekawe, co zrobią, jeśli rządy się zmienią i Ziobro, Szydło, Kuchciński, Morawiecki oraz kilkunastu innych pisowskich notabli staną przed Trybunałem Stanu, oskarżeni o zdradę Stanu. Co powiedzą, że nie wiedzieli, że zostali oszukani i są niewinni?

Pan Bogusław Szpytma, ściskając na bilbordach dłoń pana premiera Mateusza Morawieckiego najwyraźniej zaraził się groźną chorobą, jaką jest pinokizm. W swoim spocie wyborczym, jak zamieścił w Internecie, stojąc na tle osiedla Kruczkowskiego w Kłodzku, obiecuje mieszkańcom, szantażując ich przy tym odrobinę, że jeżeli zostanie wybrany Burmistrzem to, pieniądze na termomodernizację są pewne jak w banku. Pytanie tylko, w jakim banku są te pieniądze, skoro tylko on, po udanym wyborze na Burmistrza, będzie miał do nich dostęp. Bogusław Szpytma, snując opowieść o swojej niechybnie nadciągającej victorii, ma wyraz twarzy jakby, nie tyle mijał się z prawdą, co raczej doznawał ogromu cierpienia z powodu dolegliwość wynikającej z nadmiaru bakterii zgromadzonych przy korzeniach jego zębów. Jeśli tak jest w istocie to, sprawa jest niebagatelna. Na podobną, bowiem przypadłość cierpiała pani Virginia Woolf. I choć wyrwano jej kilka najbardziej zainfekowanych zębów, niewiele to pomogło na jej emocjonalne problemy i w końcu pani Woolf powzięła decyzję, aby zginąć z własnej ręki. Na pocieszenie w tej smutnej sytuacji mogę przytoczyć słowa meksykańskiej pisarki Valerii Luiselli, która w swojej znakomitej powieści „Historia moich zębów” napisała, że: „kiedy pani Woolf już nie żyła i została złożona do trumny pośrodku sali, na jej twarzy rozkwitł uśmiech, który rozjaśnił całe pomieszczenie”.

Ta smutno – pogodna historia pani Virginii nie jest, broń mnie panie Boże, żadną wróżbą na przyszłość dla naszego miasta, ani tym bardziej przepowiednią dalszej drogi życiowej pana Bogusława, albowiem nie mam pojęcia ile usunięto mu już zainfekowanych zębów.

Czytając deklaracje i programy wyborcze, przypomniała mi się pewna anegdota, która doskonale ilustruje kompetencje kandydatów do władzy.

A było to tak. Pewien stary „doktor” Bloom, właściciel sklepu żelaznego, słynął z tego, że zna cudowne lekarstwo na artretyzm. Zwykle też przed jego drzwiami czekało wielu pacjentów. Pewnego dnia przyszła do niego nieomal zgięta we dwoje staruszka, która podpierała się laską. W końcu weszła do gabinetu i po półgodzinnej wizycie wyszła stamtąd zupełnie wyprostowana.

– To cud! To prawdziwy cud! – zaczęli mówić ludzie.

– Co on takiego zrobił? – zapytała jakaś kobieta.

– Dał mi dłuższą laskę – odparła staruszka.

W niezmiennie najpiękniejszej myśli o tym, że mimo wszystko, nie dopadnie nas bezradność rozumu i powrót wiecznej głupoty.

                                                                                                                                        Mirosław Rudziński – Gappa

Mathew Schwartz. Zdjęcie pochodzi z Unsplash.com