Czyli o tym, ile siostrom i braciom swoim, ludzie władzy mogą z siebie dać.

Obserwując, nawet pobieżnie, życie umysłowe krajowych elit polityczno – kulturalnych , bez większego trudu dostrzec można, iż mózgi czołowych kreatorów państwowej rzeczywistości zachowują się często, jak atom przy rozszczepieniu jądra. Rozmiękczają się.

Te molekularne zjawiska nieuchronnie i nieodwracalnie zachodzące w świecie szarych komórek awangardy państwowego establishmentu zrodziły w mej kudłatej głowie pytanie: czy nagość jest zjawiskiem przyrodzonym, czy może raczej kulturowym i czy bezwstyd intelektualno-polityczny, demiurgów dobrej zmiany, nie jest przypadkiem wynikiem tego, że ich król, Jarosław Kaczyński – jest nagi.

Wyborcy PIS, głosując na takie postacie, jak Andrzeja Dudę, Jarosław Kaczyńskiego, Krystynę Pawłowicz, czy wzorzec hipokryty z Sèvres, Tadeusza Cymańskiego i całą resztę tej zwariowanej pisowskiej kamaryli, to osobnicy, którzy prawdziwe oczy oddali do lombardu i wprawili sobie sztuczne. Ludzie ci wyglądają, jakby duszę każdego z nich, namiętnie szczuto partyjną propagandą dopóty, dopóki nie stanęły one, te piękne dusze, bezwstydnie nagie, przed własną lustrzaną karykaturą.

Ponieważ nagość, jako zjawisko zauważalne, może istnieć dopiero wówczas, gdy pojawi się wstyd, nie dziwota zatem, że trzymani, przez Jarosława na krótkiej smyczy bezwstydni współautorzy i adoratorzy dobrej zmiany, są po prostu ślepi. Drobna taka ułomność zwłaszcza, gdy służy się pod takim wodzem, jak nie duży Jarosław i to w dodatku w atmosferze patriotyczno – religijno – smoleńskich wartości, nie powinna zbytnio przeszkadzać w instynktownym rozróżnianiu dobra i zła. Zatem każdy światły człowiek powinien, bez zbędnego furczenia i parskania żółcią, zgodzić się z tezą, iż uprawianie publicznie seksu, jest w wielu kulturach, a w naszej szczególnie, bardzo silnym tabu, którego ustanowienie dało szansę homo sapiens uczłowieczyć się i wyjść ze stanu zwierzęcego.

Konstatacja tego oczywistego faktu zrodziła dość ważkie pytanie: – czy świadomość takiego stanu rzeczy zakładając, że kto jak kto, ale pierwsi obywatele naszego kraju są go świadomi, jest w stanie sprawić, że od czasu do czasu w ich mądrych głowach pojawi się myśl – dlaczego podobnego tabu ludzkość, prezydencie Dudo, premierze Morawiecki, prezesie Kaczyński, prokuratorze Ziobro itd., nigdy nie ustanowiła, dla publicznego popisywania się pychą i głupotą. Miast takiej refleksji, często bez najmniejszych nawet skrupułów, posiadaczy tych pięknych cech, przykładem z ostatnich dni, jest czołowy polski neofaszysta poseł Adam Andruszkiewicz, w berło i jabłko się stroi.

Gdyby, refleksja tego typu w formie nawet najłagodniejszej, zakiełkowała w duszach i umysłach części chociażby członków obozu władzy, że o wyborcach już nie wspomnę, mogłoby się okazać, że ścieżki politycznej kariery i wszelkiej innej publicznej działalności, są przynajmniej dla kilku „najzdolniejszych” rządowych menadżerów i pisowskich partyjnych notabli, oraz ludzi podobnego im pokroju, a być może nawet dla samego Mateusza Morawieckiego, po prostu zamknięte. I już! I tyle budowniczowie naszego świata, nadający kształt według własnych „doskonałych” idei naszemu bezkształtnemu do tej pory życiu, mieliby z chwały zasiadania w urzędowych fotelach.

Stosunkowo łatwo dostrzec można, jeśli tylko przyjrzeć się dokładnie, kto na pewno nie powinien pełnić ważnych funkcji publicznych, ani nawet ubiegać się o nie. Oprócz wszystkich merytorycznych umiejętności i charyzmatycznych zalet, którymi kandydat na króla, czy też udzielnego księcia powinien błyszczeć, należy zwrócić uwagę na jeszcze jeden ważny szczegół charakteru, który jeśli pretendent do tronu go posiada powinien, szczegół ten oczywiście, bezwzględnie, najlepiej jeszcze w przedbiegach, kandydata zdyskwalifikować. Mam tu na myśli cechę, jaką jest pycha doskonałości, czyli umiejętność pozornego działania. Działania wyłącznie na pokaz.

Nasz ceniony i podziwiany przez świat pierwszy z równych pan, niby prezydent, Andrzej Duda, dla wielu  zapewne intelektualny guru, cieszący się na przemian szacunkiem, to znowu obrzucany błotem, wpisuje się, niechcący zapewne, w klimat nie tak odległej przecież epoki kultu jednostki, gdzie wirtualne fajerwerki rządowych mas mediów o wielkich zamierzeniach, spektakularnych sukcesach i niebotycznych osiągnięciach, były w owym czasie, i dzisiaj są również, zakłamaną normą.

Będąc uważnym, a nawet rzec bym mógł, namiętnym oglądaczem reżimowej TV, odnoszę wrażenie, że charakter niby prezydenta Andrzeja Dudy, zdradza nie tylko cechy  doskonałości mniemanej, ale także, być może już całkiem niedługo w TVP Info, usłyszymy wypowiedziane grymaśnymi ustami Danuty Holeckiej, lub ustami Michała Adamczyka, o uśmiechu cyrkowego klauna słowa w stylu: „ W naszej restauracji towarzysz Kim Ir Sen spożył śniadanie, składające się z porcji ryżu, sadzonych jaj i odrobiny dżemu. Po śniadaniu zadumał się i udzielił nam wskazówek na miejscu”, lub „ W tym miejscu podczas górskiej wędrówki, towarzysz Kim Ir Sen zatrzymał się, by wypalić papierosa. Napotkanym „przypadkowo” pracownikom miejscowej spółdzielni rolniczej udzielił wskazówek na miejscu”.

Powiecie drodzy czytelnicy, że to niemożliwe, że takie rzeczy, to tylko w erze komunistycznej mogły mieć miejsce. Ale życie polityczno-gospodarcze, a także kulturalne naszego kraju, czego przykładem jest przemęczony umysł wiceministra Gilińskiego, roi się od różnego rodzaju karykaturalnych zdarzeń. Pan profesor proponując swoje pomysły na kulturę powinien powrócić swoją nadwyrężoną już, co prawda, pamięcią do czasów studenckich i przypomnieć sobie pojęcie „Daimonion”, które wywodzi się od Sokratesa i Platona i ogólnie rzecz ujmując jest wewnętrznym głosem Boga. Sumieniem. Jego działanie sprowadzało się tylko i wyłącznie do odradzania czynienia rzeczy złych i podejmowania błędnych decyzji, nigdy niczego nie sugerując. Radziłbym, nie będąc oczywiście godzien, aby pana profesor, nie chcąc się już doszczętnie skompromitować sięgną w głąb filozofii. Choćby do Filona, Heraklita i Aureliusza Augustyna. Do Fichtego, czy w końcu Hegla, a także do wielu innych myślicieli. Może wówczas dotarłoby do jego zardzewiałego mózgu to, co przed wielu laty powiedział Johann Wolfgang Goethe – „Komu trzy tysiące lat nie mówi nic, niech żyje w nieświadomości i niewiedzy”.

Spoglądając na prawie trzyletnią pracę pretorian Jarosława Kaczyńskiego, zgorzkniałego starca, którego nie obchodzi nic oprócz własnego ego, przychodzi mi do głowy taka oto bajeczka: „Przyszedł czas żniw. Wychodzi rolnik w pole. Wbija kosę w matkę ziemię i rozglądając się dookoła z niemałym zdziwieniem sam do siebie szepce – o cholera zapomniałem zasiać”.

Musimy siać. Cokolwiek byle siać. Woła Rząd, PIS, Sejm i Senat. Woła betonowa frakcja Kościoła Katolickiego. Brzmi to nieomal, jak jakiś koszmarny imperatyw kategoryczny, który oślepiając znaczną część wyborców PIS, nie pozwala im dostrzec, iż w kasie państwa zaczyna brakować powoli pieniędzy na rządowe fanaberie. Oznacza to tyle, że premier Mateusz Morawiecki, wybitny bankster, będzie musiał wymyślić jakiś sposób na kolejne złupienie podatników.

                                                                                 Ludu, mój ludu, popieraj PIS, a dupę bieda na pewno ci ściśnie.

                                                                                                                                Mirosław Rudziński – Gappa