Stawianie namiotu – Czyli, o strzelistym męskim akcie erekcyjnym i zgubnych skutkach braku świtańca.

Od lat trzech, obserwując uważnie karierę prezydencką Pana doktora nauk prawnych Andrzeja Dudy, odnoszę wrażenie, że jego mocno kontrowersyjne zachowanie i często, zbyt często, nierozsądne wypowiedzi ośmieszające Polską Racje Stanu, mają swoje podłoże w fizjologiczno psychologicznych obszarach jego ludzkiej natury.

Przez czas jakiś z dużym niepokojem myślałem, że ten gorączkowy stan umysłu Pana Prezydenta, zaburzający istotne funkcje życiowe jego organizmu, jest skutkiem ataku na jego wrażliwy organizm wrogich, pochodzących z dzikich krajów, wrednych mikrobów, które zostały do naszej niepodległej ojczyzny, jak to trafnie ujął Naczelnik Państwa Jarosław Kaczyński, przywleczone przez barbarzyńskich uchodźców.

Moją bezsenną i mocno już schorowaną wyobraźnię Pan Prezydent pobudził, dość boleśnie, rozdając ostatnio hurtowo, najstarsze i najważniejsze odznaczenie państwowe Rzeczypospolitej Polskiej, jakim jest Order Orła Białego.

Jan Paweł II hurtowo wyświęcał koszmarnie okrutne duchy. Andrzej Duda, duchowy spadkobierca JPII, hurtowo odznacza zasłużone zwłoki.  A co!

Czyni tak zapewne, dlatego, ponieważ w przeszłości zdarzyło się, iż żywi, przez Andrzeja Dudę tym orderem odznaczeni, albo odmawiali dostąpienia tego zaszczytu, albo wręcz obrazoburczo rzucali w twarz głowie państwa, tą jedyną w swoim rodzaju, państwową blachę.

Zatem, Pan Prezydent, aby uniknąć takiego afrontu, roztropnie postanowił odznaczyć, tym coraz mniej znaczącym medalem, powszechnie znanych nieboszczyków. Przykre jest to, iż nasi nieśmiertelni rodacy są zupełnie bezbronni wobec takiej wielkoduszności giermka naczelnika z Nowogrodzkiej.

Pan prezydent łamie prawo, gwałci konstytucję, fałszuje historię i wcale się tego nie wstydzi. Ale to nie jego wina. Wiem to na pewno.  Winę za ten rozedrgany stan jego świadomości, co stanowczo podpowiada mi samcza solidarność, ponosi prawdopodobnie jego małżonka lub, czego wykluczyć nie można, jakaś bliska jego sercu przyjaciółka.

Ten intrygujący stan rzeczy uświadomiła mi znakomita amerykańska pisarka Valeria Luiselli, pisząc w swojej niezwykłej powieści „Historia moich zębów”, co następuje:

„…Jestem, jak to się mówi, niezłomny i nie do skołowania, jak wszyscy ludzie prości. Każdego dnia do świata jawy przywraca mnie prosta i piękna pewność moich skromnych, ale zawsze pewnych porannych wzwodów. Nie jestem przypadkiem odosobnionym. Przeciwnie. Niedawne badania naukowców wykazały, że zdecydowana większość mężczyzn po przebudzeniu odczuwa, jako pierwszą rzecz sztywność i wzbudzenie swojego narządu płciowego. Powód jest prosty. Nocą ciało pompuje krew do męskiego organu, by utrzymać jego temperaturę gwarantującą dobre zdrowie i normalne funkcjonowanie.

W konsekwencji tego wielu mężczyzn budzi się z potężną i dumna erekcją, która dzięki swojej intensywności odgrywa rolę pierwszej kotwicy osadzającej nas w tym świecie podczas przejścia ze snu do jawy.

Kobietom nie dane jest żadne podobne doświadczenie, dlatego po przebudzeniu często czują się kompletnie zdezorientowane. Nie mają swojego łagodnego i lojalnego Charona, który pokaże im drogę z jednego świata w drugi.

To typowo męskie zjawisko, zwane wulgarnie „stawianiem namiotu”, ma charakter biologiczny, w żadnym razie psychologiczny. Ale jak wiele zjawisk biologicznych, szybko może stać się sprawą dotyczącą zdrowia umysłowego i duchowego.

Jeśli poranny wzwód zostanie pozostawiony bez opieki i będzie musiał ustąpić sam z siebie – podczas pierwszych łyków kawy albo pod potokami wody z prysznica – w mężczyźnie zbierają się niekorzystne humory, napełniające go w ciągu dnia gniewem i pretensjami. Staje się podejrzliwy, skryty, sekretnie gwałtowny i może nawet zacząć żywić niecne myśli na temat swoich współobywateli, wliczając w to członków rodziny i kolegów z pracy. Jeśli jednak śpiąca u jego boku kobieta wykaże się empatią i wyzwoli ów organ z zakumulowanych w nim płynów cielesnych, mężczyzna zachowa łagodne i przyjazne nastawienie przez cały dzień: może nawet być wręcz dobrotliwy i filantropijny”.

Obserwując, w świetle powyższej diagnozy, zachowanie głowy naszego państwa, dochodzę do wniosku, że jego poranne przebudzenia, po krzepiącym nocnym śnie, mocno odbiegają od naturalnych europejskich standardów, co sprawia, iż jego zdrowie psychiczne wzbudza niepokój i niekłamaną troskę.

Domysły i spekulacje na temat intelektualnej kondycji Pana Prezydenta pojawiają się nie dlatego, że jego przekonania są nieprawdziwe, ale dlatego, że teoria, jaką wyznaje jest pozbawiona substancjalnej treści. Jeśli założymy, że wnioski paranoika są prawdą, to rodzi się fundamentalne pytanie – jakie wnioski on w istocie wysuwa?

Bezbrzeżnie smutną myślą, jaka mi się nasuwa, jest myśl, że jeżeli żadna racjonalna hipoteza nie jest w stanie zmienić zdania paranoika, wówczas okazać się może, iż jego teoria prawdziwa, czy też fałszywa, opisuje jedynie rzeczywistości istniejącą w jego porażonym chorobą umyśle.

Być może niektórzy czytelnicy pomyślą sobie, iż jestem łotrem zasługującym na najwyższy wymiar kary za obrazę najwyższego majestatu. Niemniej jednak, muszę to szczerze wyznać, będąc od lat wielu pacjentem moskiewskiej kliniki dla nerwowo i umysłowo chorych profesora Strawińskiego i sąsiadem genialnego, aczkolwiek obłąkanego poety Iwana Bezdomnego, który wraz  z przewodniczącym Massolitu Berliozem, na Patriarszych Prudach rozmawiał osobiście z Szatanem – wiem co mówię. Swój zawsze pozna swojego.

W niezmiennie najpiękniejszej myśli o tym, że udany świtaniec, jest ze wszech miar uzdrawiający.

                                                                                                                             Mirosław Rudziński – Gappa

Fot. Ksenia Varapaeva. Zdjęcie pochodzi z Unsplash.com