Św. Ambroży, Marks i Zombie

Jakiś czas temu przeczytałem, jak zawsze z uwagą i dużą przyjemnością, felieton jednego z ulubionych moich autorów religijnej propagandy. W felietonie tym autor ów przypomina postać św. Ambrożego w kontekście między innymi katofobii i świeckiej inkwizycji.

Cechą charakterystyczną wielu religijnych felietonów jest wielka wiara w siłę sprawczą powtarzanych niestrudzenie mitów biblijnych i legend o rozmaitych świętych. Religijni autorzy bardzo sugestywnie potrafią nakreślić pozytywny obraz dowolnego świętego jedynie w oparciu o legendę katolicką, omijając przy tym, jak wytrawni żeglarze podwodne rafy, niewygodne, ale prawdziwe fakty z życia świętych i historii Kościoła. Niestety, kryminalnej historii Kościoła. Czasami odnoszę wrażenie, iż wspierają się oni na hagiografiach świętych jak, proszę wybaczyć mi to porównanie, kaleka na kulach. Historia św. Ambrożego, którą nakreślił mój ulubiony religijny felietonista rekomendując go, jako szlachetnego i dobrego człowieka. Biskupa, który pomagał ubogim i brał w obronę ludzi krzywdzonych niesprawiedliwym prawem Rzymu jest najlepszym tezy tej, o kulach i kalekach, dowodem.

Chciałbym, zatem podjąć polemikę z tymi wszystkimi, których filozofia postrzegania świata, stawia w jego centrum religię i wiarę. Religię, jako oś, wokół której kręci się iluzja, przybierająca często, zbyt często, formę zbiorowego urojenia, które to urojenie myślą racjonalną, szczerze to przyznaję, niezwykle trudno jest przygwoździć. Religia, to fenomen. Jak bardzo trafnie powiedział Richard Dawkins: „Jeśli pojedynczy człowiek uroi sobie, że jest Napoleonem, to będzie samotnym wariatem, ponieważ nikt, kto pozostaje przy zdrowych zmysłach nie podzieli jego opinii. Natomiast, jeśli wielu ludzi ulega zbiorowemu urojeniu wiary w Jezusa Chrystusa i Jego Zmartwychwstanie, to kasta nadętych pyszałków w sutannach przy pomocy różnych socjotechnicznych sztuczek i historycznych półprawd, robi, co tylko może, aby lud swój boży utwierdzić w przekonaniu, iż chrześcijańska mitologia, to prawda najprawdziwsza z prawd, bo objawiona”.

I choć nauka dawno już obaliła ludowe zabobony o rogatych diabłach czyhających podstępnie na niewinne chrześcijańskie dusze oraz mity o powstaniu życia na ziemi szerzone przez religię, a Księgę Rodzaju, zdecydowana większość historyków i niezależnych badaczy Biblii, uznaje jedynie za ludową opowieść zredagowaną z kilku nieznanych i w dodatku sprzecznych z sobą źródeł, to religia i wiara, mimo wszystko, nieustannie podkopuje odkrycia i osiągnięcia nauki a chrześcijanie, muzułmanie czy też wyznawcy judaizmu ignorują rozum i wierzą w stwórcę, na którego istnienie nie mają żadnych dowodów.

Pomimo, iż jak na dłoni widać, że Judeo-chrześcijańskie zasady religijne są okrutne i brutalne, a sedno teologii Nowego Testamentu, wymyślonej po rzekomej śmierci Jezusa, stanowi przerażająca sadomasochistyczna doktryna św. Pawła na temat pokuty za grzech pierworodny, ludzie wiarą odurzeni niestrudzenie wierzą, że Bóg wcielając się w człowieka i znosząc okropne tortury, chciał im wybaczyć zarówno przeszłe jak i przyszłe grzechy. I nie ma dla nich żadnego znaczenia fakt, iż szaleńczą teorię szalonego Pawła podważa prahistoria dowodząc, iż sprawca pierwszego grzechu Adam – nigdy nie istniał.

Historia Adama i Ewy, od której wszystko podobno się zaczęło jest symboliczna. Rodzi się, zatem pytanie, czy nie jest, aby szaleństwem zgoda Jezusa na tortury i upokarzającą śmierć na krzyżu, tylko po to, aby odkupić symboliczny grzech popełniony przez nieistniejącego człowieka. Jestem pewien, że każdy, kto nie został wychowany w kulturze wiary dla wiary, podzieli moją opinię, iż zgoda na taki scenariusz odkupienia byłaby czystym szaleństwem.

Ala, nie to, w tym całym świętym zawirowaniu jest najgorsze. Niepokoi mnie, że do osiągania określonych, zarówno indywidualnych jak i zbiorowych, zachowań religijnych, a co za tym idzie, także społecznych i politycznych, ludzie Kościoła nie wzdrygają się ani przez jedną nawet chwilę, aby w walce o swoje racje używać, jako oręża historycznej konfabulacji i najzwyczajniejszej pospolitej blagi. Dla udowodnienia powyższej tezy posłużę się przykładem św. Ambrożego, bohatera wyżej wspomnianego felietonu.

Autor tej hagiografii pisze, że ów święty uczy nas, żyjących tu i teraz, bezkompromisowej i mądrej odwagi w relacjach z naszymi bliźnimi. Święty Ambroży, został w opowieści tej przedstawiony, jako człowiek sprawiedliwy i dobro powszechnie czyniący przez, co jest jak najbardziej godnym do naśladowania przez współczesnych.

Moim skromnym zdaniem jest, to bardzo ryzykowna propozycja.

Wielu, bowiem religijnych apologetów z premedytacją nie przedstawia prawdy, ponieważ doskonale wiedzą, że jednym z celów krzewienia wiary jest zniechęcenie wiernych do samodzielnego myślenia.

Owieczki i Baranki boże, mają nie myśleć, nie wątpić i nie badać. Opowieść  powszechnie w świecie chrześcijańskim głoszona o św. Ambrożym mija się i to dość drastycznie z przekazem historycznym i sprawia wrażenie jakby autorzy i opowiadacze religijni pomylili Czerwonego Kapturka z Wilkiem. Pozwolę sobie, zatem nieskromnie, niestety w wielkim skrócie, personę ową przedstawić w innym nieco świetle.

Ambroży urodził się w Trewirze, w 333 lub 339 roku, jako syn prefekta Galii. Po śmierci ojca, dorastał z dwojgiem rodzeństwa pośród arystokracji rzymskiej. Mając prawnicze i retorskie wykształcenie został około 370 roku namiestnikiem rzymskiej prowincji Ligurii z siedzibą w Mediolanie.

Po śmierci arianina Maksencjusza w 374 roku, biskupa Mediolanu, w drugim, co do wielkości po Rzymie mieście Zachodu, powstało spore zamieszanie związane z elekcją nowego biskupa. Podczas burzliwych obrad nad wyborem religijnego suwerena rozległ się nagle dziecięcy głos, tak to zazwyczaj w przypadku przyszłych świętych bywa, który trzykrotnie zawołał – „Ambroży biskupem”. Ambroży wówczas jeszcze nie święty, ale już prawy, skromny i sprawiedliwy, nie będąc ochrzczonym i urząd namiestnika prowincji rzymskiej gorliwie jeszcze pełniącym, propozycję przyjęcia biskupiego tronu odrzucił. Jednakże, te jego rozterki etyczno moralne, nie trwały zbyt długo, bo już 7 grudnia 374 został, zaledwie osiem dni po przyjęciu chrztu i co ciekawe bez znajomości łaciny, którą posługiwali się chrześcijanie, wybrany na biskupa.

Być może, dlatego, iż posiadał nie mały talent polityczny. Bardzo szybko okazał się być biskupem, który nie tylko dominował w kościele, lecz jako główny sufler trzech cesarzy (Gracjan, Walentynian II, Teodozjusz), także w państwie. To on podsycał w nich antykacerskie, antypogańskie i antysemickie nastroje. Nakłaniał ich do takiej polityki nawet pod groźbą ekskomuniki, czego przykładem jest choćby ustawa z 3 VIII 379 roku.

Był osobą ogarnięta nienawiścią do innych kultur i religii. Dosłownie kipiał nietolerancją i rządzą zniszczenia wszystkiego, co inne, a czego tak naprawdę nie rozumiał. Święty Ambroży znany jest z tego, że z wielką nienawiścią odnosił się do Żydów, między innymi za jego czasów odbywały się pierwsze podpalenia synagog za aprobatą i na rozkaz biskupów chrześcijańskich. Nawoływał do eksterminacji Gotów. Zgadzał się z cesarzem Teodozjuszem, że w imię chrześcijaństwa krew należy przelewać jak wodę. Zwalczał pogaństwo i arian na Zachodzie, oraz znany jest z jeszcze jednego donośnego faktu: mianowicie popierając i biorąc udział w prowadzeniu nagonki na Pryscylian zaaprobował pierwsze egzekucje wykonywane przez chrześcijan na chrześcijanach.

Oczywiście, można znaleźć wypowiedzi teologów (np. katolickiego Johannesa Niederhubera, bądź też teologa protestanckiego Kurta Alanda), które gloryfikują poczynania św. Ambrożego. Jednakże opinie takie świadczą jedynie o tym, że religia prowadzi do wypaczonego nie elastycznego pojmowania moralności. Natomiast wiara przypomina wirusa, który atakuje ludzi, zwłaszcza młodych i jest przekazywany z pokolenia na pokolenie. Rodzi się, zatem kolejne pytanie – czy mitologia powinna być traktowana jak prawda?

Wiem, że skojarzenia, to przekleństwo, ale i nic na to poradzić nie mogę, św. Ambroży skojarzył mi się nieodparcie z zombie i zupełnie nieoczekiwanie z Karolem Marksem. Z zombie, ale tym z kręgu kultury voodoo, dlatego, że jako neofita był istotą silnie zniewoloną kulturą wiary i bezmyślnie podporządkowaną Judeo-chrześcijańskiej doktrynie religijnej.

Natomiast z Karolem Marksem skojarzył mi się z dwóch powodów. Pierwszy, to taki, iż obaj urodzili się w Trewirze i obaj swoją działalnością odcisnęli piętno tak na swoich współczesnych jak i potomnych. Z tą tylko różnicą, że św. Ambroży popierając niewolnictwo służył feudałom bezwzględnie podporządkowanym interesom Kościoła. Marks natomiast twierdził, iż religia na usługach Kościoła to – „opium dla ludu”. Dlatego też krytyka przeprowadzona przez Marksa może, także i dzisiaj, uwrażliwiać nas na rozmaite nieprawidłowości związane z kapitalistycznymi stosunkami produkcji i niechlubną rolą, jaką w nich odgrywał i w dalszym ciągu odgrywa Kościół oraz mobilizować do ich niwelowania, mając na uwadze dobro każdego człowieka.

 

W niezmiennie najpiękniejszej myśli o niezależnej i swobodnej myśli.

 

Mirosław Rudziński- Gappa.

Zdjęcie pochodzi z unsplash.com