SZUFLADA ZE STARYMI FOTOGRAFIAMI

Chciałbyś, tam zajrzeć? Zobacz, co może z tego wyniknąć

Długa, wąska szuflada pełna zdjęć została zniesiona ze strychu. Zdjęcia popakowane w koperty, albumy, pudełka, podzielone na zbiory. Każdy zbiór dotyczy jakiegoś określonego czasookresu.

Fotografie rodzinne, indywidualne, zdjęcia domowych zwierzaków, utrwalone wakacyjne przyjemności – mają w sobie coś niezwykłego – zatrzymaną chwilę. Kiedyś robione z pełnym pietyzmem, wymagały wyprawy do zakładu fotograficznego. Często przedstawiają rodzinę wystrojoną odświętnie i ustawioną naokoło fotela, na którym zasiada głowa rodziny prababka, w kołnierzu z norek lub innym eleganckim stroju. Naokoło dzieci, z tyłu mąż z pięknie wymodelowanymi wąsami. Całość w kolorach sepii trąci myszką, ale jak wspaniale zagłębić się w ten obraz i przeżyć podróż w czasie.

Kolejny zbiór zdjęć robionych analogowym aparatem wymagającym uwagi, wiedzy, cierpliwego nastawienia ostrości i przysłony. W szufladzie te zdjęcia w dużej części są czarno białe. Potem pojawiają się w wersji kolorowej, trochę już wyblakłej. Na nich utrwalone są sceny z dzieciństwa, bycia w beztroskiej przestrzeni. Grupy uśmiechniętych osób na spacerach, wycieczkach, zabawach szkolnych, spotkaniach rodzinnych. Złapane momenty spotkań, wydarzeń, utrwalone radosne chwile, jak podkreślenie tego, o czym warto pamiętać, co warto pielęgnować.

Dziś zdjęcia towarzyszą nam nieprzerwanie. Aparat wmontowany w telefon jest cały czas pod ręką. Nie wymaga skupienia i uwagi przy uruchomieniu migawki. Potrzebna jest tylko ochota zatrzymania ulotnej chwili. Cyfrową fotkę można od razu zweryfikować, poprawić, przyciąć lub wykasować. Amatorzy utrwalania rzeczywistości mają w telefonie dużo obrazów codzienności, dzieci, zwierząt, kwiatów, ogrodów, itp. To przypomina bardziej dziennik obrazkowy, zapis zwykłych zdarzeń toczących się dzień za dniem.

Jakby nie było w fotografii zawsze chodzi o zatrzymanie czasu. Zamrożony na zdjęciu moment trwa. Szkoda tylko, że dziś cyfrowe zdjęcia rzadziej lądują w albumach. Gubią się w pamięci telefonu lub przepastnych RAM-ach komputera. Czasami udaje się pokazać je światu wrzucając na ekran telewizora trochę jak film, w którym gra się główną rolę, lub którego jest się narratorem.

Zabawa przy przeglądaniu zawartości szuflady przyniesionej ze strychu polegała na tym, że dziesięciolecia okazały się być chwilą. Jeśli przeglądało się je bez porządku chronologicznego to przeskoki akcji były całkiem zabawne – mały bąbel w kraciastych spodenkach, za chwilę bąbel, jako osiemnastolatek w koszuli pod krawatem na balu studniówkowym. Spotkanie rodzinne z ciocią Antonią z Ameryki lub wujkiem Michałem, który wpadł w odwiedziny będąc na delegacji, wydaje się jakby to było wczoraj, no może 2 – 3 lata temu a tu się okazuje, że działo się to w innym stuleciu. Czas i jego ulotność: 6 lat, 33, 19, powrót do 14 i nagle 45 i więcej. Bez złudzeń, w jaskrawy sposób unaoczniona szybkość, z jaką płynie życie. Zadziwiające. Szkoda, że poruszamy się tak sprawnie po linii czasu tylko oglądając zdjęcia. Szkoda, że nie można przeskoczyć w wybrany moment, żeby poprawić życiowe wpadki i dziwną fryzurę z lat osiemdziesiątych lub przeżyć jakieś wspaniałe wydarzenie jeszcze raz.

Wypełniona po brzegi zdjęciami szuflada wróciła na strych. Znów jakiś czas będzie czekać na moment, w którym sięgniemy po wspomnienia zapisane na zdjęciach. Chyba jednak w końcu wywołam fotki z telefonu lub te przechowywane na dysku zewnętrznym. Zdjęcia oglądane w sposób tradycyjny można dotknąć, a ich niewątpliwą zaletą jest to, że nie ma tam opcji zbliżenia i powiększenia na ekranie – mniej widać na nich zmarszczki.

Oliwia Bazylewicz