Z cyklu Zapiski Zjaw

 

Zaśliniona, z głową wciśniętą w starannie wypielęgnowaną rabatkę, charkotliwie bełkocząc, leżała bezwładnie na trawniku swojego niewielkiego ogródka. Jej, jak nocne ćmy wyrywające się do światła, niespokojne, 93 letnie rozbiegane w strachu i panice wyblakłe niebieskie oczy błagały o pomoc a być może także o zwyczajne ludzkie wybaczenie, zanim dogasający płomyk jej życia sczeźnie. Trzymając jej poprzecinaną blado błękitnymi żyłkami kościstą, nieomal przeźroczystą dłoń, czułem ten niepokojący i nieuchronnie zbliżający się chłód. Ten zwykły upływ czasu, w którym wyczuwalny jest zapach śmierci.

Przybyli na miejsce ratownicy pogotowia przez krótką chwilę czynili starania o to, aby ta dogasająca iskra życia jeszcze nie zgasła i aby jej cierpienia nie skończyły się zbyt wcześnie. Staruszka mimo wszystko była jednak szczęściarą. Odeszła zanim ratownicy zdążyli na dobre się rozkręcić i skutecznie skorzystać ze swoich uzdrawiających umiejętności. Spoglądając przez krótką chwilę w jej nieruchome, ścięte śmiercią źrenice, po raz kolejny uświadomiłem sobie odwieczną prawdę, że starość jest nie tyle umieraniem z powodu bólu, co raczej bólem z powodu umierania.

Człowiek będący jeszcze w sile wieku, może na swój własny użytek skroić sobie definicję rzeczywistości, w jakiej chciałby żyć, gdy już na dobre wyjdzie w jesień swojego życia. Zapytany jak sobie swoją starość wyobraża opowie nam zapewne o spokoju i odpoczynku, jakiego spodziewa się zaznać. O tym, że biegnąc dokądś przez całe swoje życie w ogłupiającym kieracie codzienności czuje się już mocno zmęczony i chciałby, choć na chwilę, przysiąść na skraju swojej życiowej drogi i odpocząć. Odpocząć i spokojnie pomyśleć o tym, że im mniej ma czasu przed sobą tym więcej ma go wewnątrz siebie. I że czas ten nie został zmarnowany. Jeśli nie jest starzejącym się głupcem, który przez całe swoje życie wierzył w niewyczerpalną siłę lat, to ma sporą szansę na, mimo wszystko optymistyczną refleksję, że starość bez względu na to, jaką jest, nieuchronnie wiedzie do przekroczenia progu, za którym nie ma już dotychczasowego życia. Życia niejednokrotnie wypełnionego bólem, cierpieniem i rozpaczliwym rozczarowaniem.

Tetryk o spłowiałych włosach, na którego twarzy widać bezlitosny upływ czasu może się jeszcze jakoś w życiu doczesnym próbować urządzić. Ale, gdy stojąc samotnie przed lustrem w łazience, zupełnie nagi, dostrzeże rzeczywisty stan swojego ciała, gdzie pod na pozór gładką jeszcze skórą odkrywa zgrubienia, sinoczerwone naczyńka krwionośne i drobne zawęźlenia, to budzi się w nim gwałtowna niechęć do samego siebie i lęk przed natrętną myślą, której odpędzić nie sposób, że starość, to bez alternatywna ścieżka wiodąca bezpowrotnie ku mecie życia. I choć jako człowiek rozsądny starości się spodziewał to, gdy ona nadeszła, mimo wszystko, poczuł się nią bardzo mocno zaskoczony.

Spoglądając na zegarek myślimy i mówimy czas. Za mim osiągniemy czcigodny wiek czas jest dla nas czystą abstrakcją. Jednak, gdy stuknie nam szósty, siódmy a może i ósmy krzyżyk zaczynamy boleśnie uświadamiać sobie, przemijalność i nieodwracalność naszej ziemskiej egzystencji. A czas, który upływa staje się naszym śmiertelnym wrogiem. Wielu starzejących się ludzi, aby o tym nie myśleć, zanim dopadnie ich skleroza lub demencja starcza, ucieka w zwodnicze wspomnienia lub w religijne iluzje. Niektórzy czynią spore wysiłki, aby przeciągnąć czas na swoją stronę, ale widok ich własnej sztucznej szczeki w szklance na umywalce jawi im się nie, jako antyczna tragedia, lecz jako żałosna współczesna tragikomedia, od której w nie sposób jest uciec.

Przyglądając się starym ludziom, mimo ich pozornie pogodnych nastrojów wyczuwam, iż dla wielu z nich, dla mnie również, starość, to owo coś, co nas „szczęściarzy” w końcu dopadło, jest niezwykle upokarzająca. Jest straszniejsza od samej śmierci. Jak mawiał Nikos Kazantzakis: „Śmierć jest niczym – jedno dmuchnięcie i świeca gaśnie – ale starość to straszna hańba”. Kto wie czy autor „Greka Zorby” nie trafia, aby w sedno twierdząc, że starość nie jest nawet piękną katastrofą.

Podeszły wiek jest upokarzający szczególnie dla tych, którzy gdy byli jeszcze w sile wieku, z racji pełnionych funkcji i stanu posiadania, nosząc się przy tym niezwykle wyniośle, jawili się sami sobie, jako byty nieomal doskonałe. Jednak, gdy cichaczem nadpłyną zmierzch ich życia, uchylają w pokorze kapelusza przed każdym, na kogo w swoich dobrych czasach nawet by nie spojrzeli. Ich powoli sztywniejące źrenice świadczą jedynie o tym, że niebawem odpłyną jak dym z ogniska na wietrze.

Upływ czasu, który uświadamia sobie starzejący się człowiek jest zazwyczaj kompletnym chaosem. Mimo zapewnień, że czuje się jeszcze całkiem dobrze, co raz częściej dostrzega, że starość to, gorzka kpina z prawie wszelkich jego dążeń. Poczynając od tych materialnych a na intelektualnych kończąc.

I tyle z całej tej ziemskiej chwały. Tyle i nic więcej.

Mimo wszystko, w niezmiennie najpiękniejszej myśli o tym, że „Starzejący się ludzie są jak muzeum: nieważne, jaka fasada, ważna jest zawartość”. (Jeanne Moreau)

Mirosław Rudzińki – Gappa

Zdjęcie pochodzi z UNSPLASH