Urodziny

Pamiętam, że na dworze było mroźno i padał gęsty śnieg. Za sprawą, magicznego nieomal, starego kaflowego pieca, stojącego w rogu mojego pokoju, wieczór był jednak ciepły. Siedząc wygodnie w jego przytulnym kręgu z zadowoleniem chłonąłem przyjemny dla ucha gwar i świąteczną krzątaninę dobiegającą wraz z zapachem pieczonego ciasta i smażonej ryby z kuchni. Skracając sobie czas do wigilijnej wieczerzy kończyłem czytać historię o nieuleczalnym marzycielu, jakim bezwątpienia był, Jeszuła Ha-Nocri.

„W białym płaszczu z podbiciem koloru krwawnika, posuwistym krokiem kawalerzysty, wczesnym rankiem czternastego dnia wiosennego miesiąca nisan na odkrytą kolumnadę łączącą oba skrzydła pałacu Heroda Wielkiego wszedł prokurator Judei, Poncjusz Piłat”.

Tak oto rozpoczyna się jeden z najbardziej znanych w literaturze dialogów z „Ewangelii według Bułhakowa”, jak niektórzy nazywają jego nieśmiertelną powieść „Mistrz i Małgorzata”.

Od chwili, gdy przed wielu laty, jako kilkunastoletni chłopiec po raz pierwszy w śnieżny wigilijny wieczór poznałem losy Mistrza i Małgorzaty, po dziś dzień, gdy zbliża się scena finałowa chrześcijańskiej baśni o Bożym Narodzeniu, dopada mnie niezmiennie ta sama, choć z roku na rok, coraz smutniejsza refleksja: – „Czy świat, na którym żyjemy, jest tylko bezmyślną grą atomów, czy może jest to – Boski plan wcielony”.

Bohater Bułhakowa, Jeszuła Ha-Nocri, wędrowny filozof znający kilka języków, głosząc wiarę w jednego Boga, twierdził, iż władza, każda władza, jest gwałtem zadawanym człowiekowi. Oślepiony wiarą w nastanie Królestwa Bożego, naiwnie wierząc w ludzką dobroć, nie dostrzega nieuchronnie zbliżającej się zdrady i ginie haniebną śmiercią rozpięty na krzyżu. Okrutny los, który go za głoszone poglądy spotkał nasuwa kolejne pytanie: – czy rzeczywiście, był to element Boskiego planu zbawienia, czy też wszechmogący „Zegarmistrz światła”, raz jeszcze zakpił sobie z wiary dobrego człowieka?

Od czasu do czasu, w mojej biednej głowie pojawia się mroczny trzepot myśli, który rozpala iskierkę nadziei, że świadomość dano nam nie po to, aby zniknęła wraz z naszą doczesną powłoką sześć stóp pod ziemią, i że Chrystus ewangeliczny nie jest, tak jak Bóg Starego Testamentu, okrutnym łotrem. On, Jezus Chrystus, nie poszukuje prawdy. On sam przecież, cokolwiek by to nie znaczyło, jest prawdą. Jest silny i nieugięty w walce z siłami zła. Swoją zdecydowaną, odważną postawą daje nadzieję na lepsze jutro, ba nieśmiertelne jutro, tym wszystkim, którzy w niego wierzą.

Podobnie jak u Jeszuły, data jego urodzin jest nieznana. Wielu, być może sądzi, że jest ona podana w Ewangeliach. Niestety, nie podano w nich ani dnia, ani nawet miesiąca tych najsłynniejszych w chrześcijańskim świecie narodzin. Według kalendarza juliańskiego 25 grudnia jest datą zimowego przesilenia dnia z nocą. Wyznawcy pogańskiego boga Mitry, czcili w tym dniu narodziny Słońca Niezwyciężonego.

Pierwsi chrześcijanie z nieznanych nam dzisiaj powodów przyjęli tę datę za dzień narodzin Jezusa Chrystusa i tak zrodziło się Boże Narodzenie. To, co pisze o narodzinach Jezusa z Nazaretu w swojej Ewangelii Łukasz pochodzi nieomal w całości z żydowskich i pogańskich legend. Podobnie jest u Mateusza, Marka i Jana.

Ale rzecz nie w tym, kiedy naprawdę narodził się Jezus, lecz jak to ujął Albert Schweitzer w tym, że oto: „Ów Jezus z Nazaretu, który pojawił się, jako Mesjasz, zapowiedział Królestwo Boże i zmarł, by nadać dziełu swojego życia znamiona świętości, nigdy nie istniał”.

Jak było naprawdę trudno dzisiaj jednoznacznie rozstrzygnąć. Z resztą, po co. Czy, Jezus z Nazaretu istniał, czy też nie, dla wielu ludzi jest to dzisiaj, być może, tylko kwestią wiary, a nie wiedzy historycznej, która w tej materii jest nad wyraz przecież skąpa? Jedno jest natomiast pewne, że jak do tej pory, żadna inna postać rzeczywiście istniejąca, czy też tylko mityczna, nie poruszyła tak mocno sumień i umysłów tylu milionów ludzi.

Jezus z Nazaretu, jak głosi legenda umarł na krzyżu, aby ludzkość zbawić. Tymczasem, co na co dzień można dostrzec bez większego trudu, stało się nieco inaczej. Chrystus, odchodząc z tego świata, pozostawił los swoich wyznawców, tych mu współczesnych, jak i wszystkich przyszłych, na pastwę okrutnej teologii wymyślonej przez człowieka, którego powszechnie uważa się za twórcę chrześcijaństwa. Człowiekiem tym był Paweł z Tarsu, dzisiaj znany bardziej, jako Św. Paweł, który po swoim sławnym objawieniu pod Damaszkiem ideę, piękną ideę miłości bliźniego, przypisywaną istniejącemu, czy też nie Jezusowi, poprzez różnego rodzaju spekulacje filozoficzne, religijne i moralne, uczynił głównym filarem zinstytucjonalizowanego, zbrodniczego i skostniałego już dziś chrześcijaństwa, które przez wieki obrosło masą niepotrzebnych obrzędów i rytuałów.

Wymyślona, przez Św. Pawła, wcześniej fanatycznego faryzeusza bezwzględnie tępiącego groźną dla judaizmu sektę chrześcijańską teologia, przez wieki całe narkotyzując nieomal każdą dziedzinę życia, nieustannym głoszeniem legendy o zbawieniu wiecznym, a także pogardę dla nauki, logiki, filozofii i inteligencji, niejednokrotnie sprowadzała ślepe i bezmyślne okrucieństwo. Niepotrzebną przemoc, krwawe krucjaty i wojny w imię najwyższego.

Czas przedświąteczny jak i samo Boże Narodzenie, jest dla mnie, jak już wspomniałem, czasem smutnych refleksji. Gdy patrzę jak pod dyktando ludzi Kościoła z przywoływanej nieustannie, przez sam przecież Kościół nauki Jezusa Chrystusa, robi się połyskującą blichtrem infantylną, ckliwą ikonę handlu, mam ochotę zasnąć dzień przed Wigilią i obudzić się w Sylwestra.

Mówiąc o handlu, mam na myśli, nie tyle handel towarami z supermarketów, co raczej dość obrzydliwy handel, ściągniętą do poziomu bruku przez relatywizm polityczny, obłudę i hipokryzję możnych tego świata, zarówno duchownych, jak i świeckich – Chrystusową ideę miłości do bliźniego.

Ciekawe, z czego Bóg, zakładając, że istnieje naprawdę i nas nie porzucił na pastwę nietolerancyjnych nawracaczy w czerni, byłby bardziej zadowolony – z naszej skostniałej religijności z powodu, której tak w przeszłości jak i dzisiaj cierpi świat, czy może raczej z dokonujących się w nas pod wpływem autentycznych poszukiwań przemian. Przemian zmierzających niekoniecznie w kierunku celebrowania banalnej świętości błogosławionych i wynoszonych na ołtarze, nie rzadko przecież okrutnych, podłych i mocno kontrowersyjnych postaci.

                                                                                                                                           Mirosław Rudziński – Gappa.